Czy kino znów umilknie?

Jeszcze w latach 90. sporą popularnością cieszył się nadawany w telewizji publicznej program „W starym kinie”, którego gospodarz, w krótkim wykładzie poprzedzającym seans filmowy, wprowadzał widzów w realia epoki znanej im co najwyżej z opowiadań dziadków. Dziś kino nieme powraca w wielkim stylu. Nie tylko za pośrednictwem cieszących się dużym zainteresowaniem pokazów, którym towarzyszy muzyka na żywo, ale także za sprawą twórców, z pełną powagą odwołujących się do poetyki filmów sprzed 1927 roku.
Renesans kina niemego rozpoczął się wraz z przyznaniem głównej nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej produkcji pt. „Artysta” w 2011 roku. Film ten w pełni realizuje wiele wyznaczników kina niemego, nie tylko w zakresie technik realizacyjnych, ale i schematu fabularnego. Dzięki tej produkcji widownia światowa, znudzona już nieco blockbusterami przepełnionymi efektami specjalnymi, na powrót pokochała wrażenia, jakich dostarczało swoim odbiorcom kino nieme.

Nie tylko „Artysta”

W ślad za twórcami oscarowego filmu ruszyli inni reżyserzy. Jedną z najciekawszych perełek tego nurtu jest niema ekranizacja baśni o Królewnie Śnieżce, osadzona w realiach tętniącej rytmami flamenco przedwojennej Hiszpanii („Śnieżka”, 2012). Jak można również przeczytać na portalu www.kreatywna.pl, Obraz ten nie tylko wzrusza, ale i zaskakuje niespodziewanym zakończeniem, przypominając nam przekornie, że życie to nie bajka i nie zawsze wszystko zmierza do szczęśliwego happy endu. Do stylistyki kina niemego odwołują się również takie filmy, jak horror „Babadook” (czyż filmowy potwór nie przypomina znanych z kina lat 20-tych wampira Nosferatu i szalonego Doktora Caligari?) oraz „Zew Cthulu”, znany wszystkim wielbicielom prozy H.P. Lovecrafta.

Kinematograficzny wehikuł czasu

Nasz odbiór kina znacznie zmienił się w przeciągu ostatnich dziesięcioleci. Często zapominamy, że zupełnie inaczej czuł się podczas seansu filmowego widz amerykański czy europejski w czasach przedwojennych. Dawnym seansom towarzyszyła bowiem odgrywana na żywo muzyka. Ta zaś, budując napięcie lub wzbogacając projekcję o efekty dźwiękowe, sprawiała, że, wbrew swej nazwie, kino tamtych czasów wcale nie było kompletnie nieme. Jako ciekawostkę można dodać, że w pierwszych latach XX wieku, kiedy sztuka kinematograficzna zaledwie raczkowała, seansom krótkich i przeważnie jednowątkowych filmów towarzyszył narrator, na bieżąco komentujący to, co działo się na ekranie. Strategia ta znacznie dłużej utrzymała się jedynie w Japonii. Współcześnie zaś filmy nieme (zarówno te najnowsze, jak i z minionej epoki kina) z udziałem muzyki na żywo można często obejrzeć podczas festiwali organizowanych w większych miastach. Wielbicielom tego rodzaju kina wielu atrakcji dostarcza odbywający się corocznie w Gdańsku przegląd Nieme na Żywo.
O tym warto wiedzieć: „Twój Vincent“ i „Jestem mordercą“ wygrywają w Szanghaju

Czy stajemy się sentymentalni?

Sceptycy powiedzą: jedna jaskółka wiosny nie czyni. Czy inicjatywy tego rodzaju sprawią, że zamiast wciąż poszerzać swoje horyzonty i wykorzystywać nowoczesne technologie w służbie sztuki, będziemy niejako „cofać ją w rozwoju? Nie. Z pewnością jednak renesans popularności filmów niemych świadczy o tym, że, od kiedy w 1927 kino przemówiło (a właściwie zaśpiewało) ustami Ala Johnsona w „Śpiewaku jazzbandu”, zatraciło się coś bardzo ważnego. A mianowicie – nasza wiara w proste wybory i szczęśliwe miłości, których symbolami są dawne zabytki sztuki filmowej. Ta sama tęsknota wpłynęła zresztą na popularność innego oscarowego faworyta – dzieła „La La Land”, które wskrzesza w widzach naiwną wiarę, że życie może wyglądać jak dobry film.
Źródło: infoss.pl

Comments are closed.